Chistoria Marty

Jestem Marta i marzyłam, żeby przed 40’ założyć fundację, która będzie pomagać kobietom,

które miały mniej szczęścia niż ja. Jestem kobietą  która dostała od rodziców wiarę w moje możliwości,

kodeks etyczny, świadomość jak ważna jest edukacja. Nie dostałam pieniędzy ani majątku,

bo moi rodzice tego nie mieli, ale dostałam wystarczająco dużo aby te wytworzyć samej.

Wojna zastała mnie poza Polską, ale już 2 dnia wypuściliśmy pierwszy transport z pomocą

humanitarną. 4 dnia wojny wróciłam do Polski, wyprowadziłam psy i pojechałam w Ukrainę

wraz z Ukochanym busem pełnym jedzenia i opatrunków. Dołączył do nas też Maciek,

przyjaciel. Kiedy zobaczyliśmy cała tą pomoc w postaci worków z ubraniami (czasem mam

wrażenie, że Polacy nade wszystko zrobili wietrzenie szaf), namioty z jedzeniem, punkty

medyczne, a potem kilometrowe ludzkie kolejki po stronie ukraińskiej – zrozumieliśmy że

skoncentrujemy się na skutecznym dostarczaniu potrzebnej pomocy tym, którzy zdecydowali

się zostać w Ukrainie. W pierwszych dwóch tygodniach działaliśmy jako skoordynowana

grupa wolontariuszy, my, nasi przyjaciele, rodziny, pracownicy, ich rodziny i nasza grupa

„pęczniała”. Kiedy dotarło do nas, że jesteśmy bardzo skuteczni, kiedy widzieliśmy

zaskoczenie na twarzach ludzi, kiedy docieraliśmy do wojskowych i miejskich magazynów

humanitarnych – nie z ubraniami, ale z lekami, stazami, mundurami, śpiworami, kiedy

dostarczyliśmy dwudziestego vana z pomocą – w drugim tygodniu wojny zdecydowaliśmy że

powołujemy Fundację i tak powstała Be a Hero.

Jesteśmy różni, jesteśmy przedsiębiorcami i przedsiębiorczyniami, pracownikami, lekarzami,

wykładowcami, murarzami. Łączy nas fakt, że żadne z nas, nie ma nic wspólnego na poziomie

interesów, zawodowym, finansowym z Ukrainą. Po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy

skuteczni w organizowaniu i dostarczaniu pomocy. Po tych pierwszych dwóch tygodniach

jakimś cudem, mój numer, którego nigdy powszechnie nie rozdawałam zaczął wypełniać się

dziesiątkami kontaktów. Nie mam pamięci do nazwisk, więc zastosowałam metodę

wpisywania imienia i albo od kogo jest dany człowiek lub z jakiego miasta, a najlepiej mix.

Ponieważ kolejne kontakty pojawiały się jak rozgałęzienia drzewa – tych kontaktów

zapisanych Irena od Maxa od Olgi Charków itd… mam mnóstwo. Naprawdę nie do końca jest

dla mnie jasne skąd osoby które dzwonią mają mój numer, ale rozmowa najczęściej zaczyna

się od śpiewnego „Pani Marta?” i rozwija się kolejna historia – oddziału w Czernihovie gdzie

nie ma samochodu do wywożenia rannych, gdzie chłopaki nie mają rękawiczek, a dłonie

zamarzają im na warcie tak bardzo, że zanim w sytuacji zagrożenia chwycą za broń i będą w

stanie się obronić – dosięgnie ich kula wroga. Dzowni Max – szef jednego ze szpitali i mówi,

że nigdy u niego nie było oddziału ginekologicznego, ale teraz jest tyle kobiet uchodźczyń, że

gdzieś musi przyjąć kobiety które rodzą, te które doświadczyły przemocy seksualnej i

potrzebują pomocy medycznej, nie wspominając o psychologicznej, a na poczet oddziału

ginekologicznego dostał 50 letni metalowy fotel ginekologiczny. Dzwoni Roman, że szpital

polowy założony w okolicy Buczy potrzebuje na już ultrasonografu ginekologicznego, dzwoni

Oleksii ze Szpitala w Nowych sążarach, dzwoni Olga z Charkowa i mówi, że ludzie głodują i że

nie pozwoli mi o nich zapomnieć. Tych historii przeze mnie i mój telefon na dziś przechodzą

już setki jeśli nie tysiące. W Be a Hero jest nas aktywnych kilkunastu wolontariuszy. Część

specjalizuje się w wyszukiwaniu aut, które kupujemy i przygotowujemy do ewakuacji

rannych lub żeby jednostki wojskowe miały większą mobilność. Inni wyszukują partnerów i

sponsorów – bo przecież poza tym, że wkładamy własne pieniądze środki jakich

potrzebujemy są ogromne. Inni piszą maila do różnych potencjalnych darczyńców

indywidualnych. Kolejna grupa zajmuje się przygotowywaniem dokumentów ponieważ… od

samego początku jeździmy w 100% legalnie, zawsze z odprawą, pełną dokumentacją, listami

z prośbami i umowami darowizn. Ja zbieram potrzeby i kupuję sprzęty medyczne, leki, drony,

kolimatory (kiedyś zabij mnie nie wiedziałabym co to jest) i odbieram kolejne telefonu.

Wyjechaliśmy już w Ukrainę ponad 70 razy, w sumie to ponad 150 Vanów i 30 ciężarówek –

które dostarczyliśmy z pomocą. Prowadzę firmę logistyczną, wiem jak się planuje załadunki,

jak się sortuje rzeczy, jednak w tej wojnie i w działaniu fundacji współczynnik

nieprzywidywalności jest wielki. Historia ostatniego konwoju – miał być mały, 3 auta, z czego

2 które mieliśmy przekazać – jednostce w Kramatorsku i drugiej – walczącej w Łysyczańsku

plus auto, którym kierowcy wolontariusze wrócą do Polski. Oczywiście – wszystkie

wyładowane po dach – dla 5 jednostek wojskowych, 2 szpitali, 4 grup wolontariuszy. W

środku – drony, kolimatory, śpiwory, respiratory, leki w kroplówkach, leki w tabletkach,

materiały opatrunkowe, agregaty, stazy zaciskowe i bandaże izraelskie, jedzenie, paliwo (tak

wozimy paliwo, bo jak zawieść auto 1300 km w głąb Ukrainy, jak nie ma jak kupić i skąd

paliwa – a my od początku robimy pomoc z głową, a nie pod PR – jak auto to po przeglądzie,

serwisie, z zapasem płynów, paliwa i darów, które jednostka potrzebuje – bo chcemy

pomagać z głową, nie na hurra). W ostatniej chwili zgłasza się z błagalną prośbą jednostka,

której już kiedyś pomagaliśmy, Rosjanie ostrzelali ich auto, nie mają jak przerzucać artylerii

pod ostrzałem rosyjskim, na gwałtu rety dokładamy jeszcze jedno auto, robiąc mu serwis na

wczoraj. Dzwoni brygada walcząca pod Zaporożem, że brakuje im tabletek uzdatniających

wodę i potrzeba też leków na biegunkę. Kolejny konwój jest za 4 dni, nie mogą czekać

kolejnych 4 dni – organizujemy na już tabletki, leki na biegunkę i elektrolity.

Zastanawiam się czasem czemu to robimy, zastanawiam się czemu to robię. Mam 38 lat,

piękne życie, jestem seryjną przedsiębiorczynią, prowadzę kilka firm, przed wojną dużo

pracowałam i sporo podróżowałam. Kiedy zaczęła się wojna byłam poza Polską, ale już nie

raz z przyjaciółmi angażowaliśmy się w pomaganie, więc zdalnie mogłam działać. Szok, strach

o przyszłość, przerażenie bestialstwem Rosjan odebrały mi spokój. W pierwszym odruchu

wiedziałam, że trzeba pomóc, ale też w głowie opracowywałam plan B dla mnie i moich

bliskich. Analizowałam, czy mam wszystkie dokumenty w jednym miejscu, akty notarialne, ile

jeszcze ważny jest mój paszport, spakowałam się „na wypadek W” w plecak i położyłam na

strychu, kupiłam walutę, założyłam konto w zagranicznym banku ale dotarło do mnie, że nie

zabiorę całego swojego życia poza Polskę, jeśli ta wojna dotrze do nas. Że nie mam takiej

mocy, żeby zabrać wszystkich bliskich, przyjaciół, pracowników, psy nie ma szans. Poczułam,

że to nie jest wojna Ukraińców z Rosjanami, że to jest wojna cywilizacji. I że naszym

moralnym obowiązkiem jest pomagać skutecznie i tak robimy.

Działamy w 3 obszarach:

Karmimy cywili. Jeśli jedziesz do Lwowa, zobaczysz działające knajpy, pełne sklepy normalnie

wyglądających ludzi. Jak na warunki ukraińskie jest drogo, ale wydaje się, że wszystko jest.

Lecz 250 km dalej ludzie cierpią głód, brakuje jedzenia, brakuje środków higieny, brakuje

pieniędzy. Dowozimy jedzenie do Charkowa, Mikołajewa, Zaporoża, Dniepra – a tam na

miejscu pracujemy ze wspaniałymi wolontariuszami, którzy narażając swoje życie rozwożą

życiodajne pakiety żywieniowe – mąkę, olej, drożdże, czasem uda się i herbatę…

Wspieramy jednostki wojskowe walczące na froncie. Ukraina to kraj, gdzie korupcja

rozwinięta jest znacznie bardziej niż w Polsce, więc zawsze działamy wielotorowo, bo

chcemy mieć pewność, że to co przekazujemy trafia do jednostek i jest na polu walki, nie

przez dowództwo. Dlatego zawsze mamy oficialne zapytanie potwierdzone przez

administracje wojskową, umowę darowizny, a potem zdjęcia od szeregowych żołnierzy… i

poprosiliśmy prokuratora generalnego ds. Korupcji o wyrywkowe kontrole wykorzystania

naszych darów.

Zaopatrujemy szpitale, czasem te naprawdę duże – szpitale wojskowe w Kijowie, Równem,

Nowych sążarach, w Charkowie, w Chmielnickiem, Winnicy, ale też …. Wolontariuszy, którzy

zaciągają się do wojska jako medycy bojowi, bohaterskich lekarzy, który choć mogli uciekać

do PL i tu znaleźć pracę – zakładają w najtrudniejszych warunkach, pod ostrzałem szpitale w

pierwszej linii frontu gdzie ratują nieustająco życie ludzkie… Kupujemy ultrasonografy,

histeroskopy, defibrylatory, karetki, respiratory i dziesiątki innych niezbędnych rzeczy.

Pomóż nam pomagać – może masz umiejętność i odrobinę czasu i chcesz dołączyć? A może

twoja firma lub ty chcecie zrobić darowiznę rzeczową lub finansową? A może mogę Cię

poprosić abyś opowiedział o nas innym – poniósł dalej wieść o wariatach z Be a Hero i

ludziach, którzy potrzebują naszej pomocy…

Marta Małecka